Bezbożne Pogorzelisko – Spowiedź #2
Jak myślicie? Więcej na rynku powieści fantasy jest książek wymagających, wielowątkowych, rozbudowanych na tysiące stron sag pełnych zwrotów akcji, wymyślonych cudów i przekleństw, czy raczej czytadeł, gdzie rycerze-wilkołaki ruchają się po nocach i kasztelach z czarodziejkami-wampirami? A no właśnie…
I NIE TWIERDZĘ, ŻE TO ŹLE! Nie. Wcale. Kwestia tego, że daje mi to też do myślenia. Tak, jak pisałem powyżej, działa miażdżąca większość literatury young adult (YA) i new adult (NA). Książki te są masowo produkowane, masowo wydawane i sprzedawane. Głównym ich odbiorcą są młode kobiety bądź ogólnie kobiety, które nie przykładają zbyt wielkiej uwagi do przedstawionego świata, jego meandrów, złożoności, logiczności, doszlifowanych intryg i problemów. Dla nich najważniejsze jest to, by postacie były „fajne”, by wygrywały, te które są napisane w sposób taki, aby z automatu stawały się ulubionymi, oraz by były romanse i ich konsekwencje. Niezależnie, czy mowa o światach quasi-średniowiecznych, czy quasi-futurystycznych – mentalność, zachowanie oraz kultura świata i postaci muszą być kalką XXI wieku i największych miast zachodnich (amerykańskich). Mówiąc przykładem: gdy rycerz do dziewki powie, iż ma jadaczkę zamknąć, bo mężczyźni rozmawiają, to główny bohater go opierdoli, że do kobiet tak się nie mówi, bo to seksizm.
Oczywiście ścieżki narracyjne „from hate to love”, „from nemesis to bride and groom” to klasyk. Tak to mniej więcej wygląda. Nie wspominam już o tym, jak w NA występują postacie transseksualne, transgenderowe, o najróżniejszych zaimkach – i nikt tam nie ma z tym problemu. To jest przedstawiane jako w pełni normalne dla światów przedstawionych. Logika? Chuj z nią. Proste. Dlatego też nie dziwi mnie hejt na moje ilustracje i treści. Nie boję się napisać tego, co napiszę dalej. Nigdy się nie będę bał. Większość książek fantasy, zwłaszcza dzisiejszych i na topowych półkach, to właśnie to, co napisałem powyżej. Większość czytelników fantasy to kobiety. Ogólnie kobiety czytają więcej niż mężczyźni. Dlaczego? To temat na osobny wpis. Wracając… Zawsze podkreślam, iż piszę dla siebie. Tworzę moją historię, moje postacie, moje światy. Publikuję to, by czuć sprawczość tego, co piszę oraz przedstawić moją wizję szerokiemu gronu. Zawsze stosuję zasadę: spodobało ci się? Super. Nie spodobało? Bez łaski. Ja nie jestem jak Tokarczuk – elitarystą. Ja chcę, by moje książki i opowiadania trafiły do każdego, do kogo mogą trafić. ALE!!! Nie zamierzam się nad kimkolwiek rozczulać czy błagać. Nie dbam o to, czy ktoś da opinię negatywną, czy pozytywną. Chcę przede wszystkim opinię szczerą! Niemniej jednego nie mogę zdzierżyć i wkurwia mnie to do białości – jak ktoś nie rozumie tego, co piszę (tak samo mam, gdy ktoś nie rozumie, co mówię). Jak czytam, że „postacie są płaskie i mają niezrozumiałe motywacje”, to mogę tylko załamać ręce i zastanawiać się, jak taka osoba radzi sobie w życiu codziennym. Mówię serio. Ja nie uważam, bym robił coś mega skomplikowanego. Zwłaszcza w „Grzechach Przeszłości”. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, iż jeśli „Grzechy Przeszłości” są dla kogoś wymagające, to coś dzieje się ze światem, a przede wszystkim ze szkolnictwem – złego. I teraz przechodzimy do meritum.
„Bezbożne Pogorzelisko” to będzie prawdopodobnie najpotężniejsza i najbardziej skomplikowana książka, jaką kiedykolwiek dane mi będzie napisać. Ilość badań, pracy, notatek, myśli, rozważań, szkiców, jaką wniosłem, by mieć aktualnie 935 stron tekstu, jest przerażająca. Dosłownie. Mnie to przeraża. Nie mówię już o tym, że zaliczamy ten legendarny retcon z uniwersum Inkwizycji do Strzaskanego Wieloświatu, co już dla wielu będzie psychicznie ciężkie do zaakceptowania i będzie się na mnie wylewał wielki hejt. Ta książka będzie po prostu masakrycznie skomplikowana. Sanderson i inne stevensony, czy co tam jeszcze jest, to mi mogą kaszkę z żywienia medycznego rozmącać! Ja naprawdę nie zmyślam ani nie wyolbrzymiam. Ilość materiału upchana na tych wszystkich stronach, wraz z ogromem liczebnym postaci, przedmiotów, miejsc, wszelakiej maści historii dotyczącej wszystkiego i wszystkich, złożoność dialogów – niektóre projektowałem dziewięć miesięcy, nim je zapisałem… Horror. Ta książka – i nie boję się tego napisać – przytłacza mnie treścią i gniecie kompletnie psychicznie. Pisząc ją zresztą, zacząłem się też psychicznie leczyć, ale to inna sprawa… Chyba. „Bezbożne Pogorzelisko”, jeśli mi się uda wszystko zrobić, jak potrzebuję, będzie książką, która zmiażdży niejednego człowieka swoją treścią. Poważnie piszę.
Będzie to lektura, która brutalnie obnaży systemy religijne, boskość bogów, fanatyzm wiernych i wyrachowanie duchowieństwa. W tej książce człowiek zrozumie, czymże on jest w rękach wielkich – a jest on niczym. Oczami kogoś, kto sam pociąga za te sznurki, ujrzy, jak upadają imperia i walą się wszelakie porządki. Dotrze do nieprzebranego bogactwa treści, zachowanego w formie złotych myśli, filozoficznych wypowiedzi, kontrowersyjnych opinii, symboli nieoczywistych oraz głębokich i wszechtrudnych pytań o genezę grzechu, o jądro zła, o źródło wypaczenia. Lękam się, czy wszystko dobrze zrobiłem tam, czy niczego nie pominąłem, czy nie napisałem czegoś zbyt słabo (zbyt mocno się nie da), albo czy już ktoś tego nie napisał wcześniej i mój trud daremny. Niemniej piszę dalej i nie poddaję się. Walczę. Muszę.
„Bezbożne Pogorzelisko” to dzieło mojego życia, które zbyt długie nie będzie. Mój kodeks, mój atlas, mój przewodnik.
O czym?
Stwórca jeden wie…
Pozdrawiam
Autor Strzaskanego Wieloświatu

