0
0
Start Blog W końcu się udało!!!

W końcu się udało!!!

EPIZOD 33
09 stycznia 2026
Jak tam, Panie i Panowie, fani i hejterzy, w roku 2026?

Zaczął się z przytupem i pompą, czy na spokojnie? Jesteśmy w tym samym składzie, czy nas ubyło albo przybyło? Mam szczerą nadzieję, iż 2026 będzie dla nas wszystkich lepszy niż 2025, pomimo problemów tego świata, jak i innych + że będzie on czasem, w którym osiągniemy chociaż część tego co, sobie zaplanowaliśmy. Naprawdę wierzę w to, iż my wszyscy tanio skóry nie sprzedamy. 

 

A teraz, przechodząc do konkretów i nawiązując się do tytułu bloga.

Otóż w noc nowego roku, nie wiem, czy ona nazywa się sylwestrem, czy nie, gdyż nigdy tych nazewnictw nie rozumiałem, udało mi się czuć na tyle dobrze, iż wybrałem się w podróż do Łodzi do domu mojego przyjaciela, który zaprosił mnie na wspólne granie w figurki. W zabawie braliśmy udział ja, on i nasz trzeci do bandy wspólny przyjaciel. Figurki, których używaliśmy, w miażdżącej większości pochodziły z uniwersum Warhammer 40.000, chociaż były też modele tzw. 3rd party, czyli robione przez twórców niezależnych, ale w pełni kompatybilne z uniwersum od Games Workshop (GW oczywiście tego nienawidzi i walczy sądownie z ludźmi tworzącymi takie rzeczy, heh.). Ja grałem moim Deathwatch, jeden przyjaciel Chaosem (Space Marines Chaosu, Lost and Damned i Chaos Daemons), a drugi Tyranids. Graliśmy według zasad One Page Rules, gdyż wiele z naszych jednostek nie jest obsługiwanych przez zasady GW do ich Kill Team.

 

Odbyłem łącznie 3 gry. Ogólnie mam wielki zaciesz z tego powodu, iż w końcu – po ponad 10 porażkach – udało mi się raz zremisować i raz wygrać (oczywiście też raz przegrałem – muszą być jakieś stałe w przyrodzie, heh).

Pierwszą partię grałem na Tyranidów. Moim zdaniem była to silna lista z dwoma liktorami, dwoma wojownikami i bodajże czterema grupkami gauntów. Wystawiłem przeciwko nim czterech moich deathwatch marines. Dlaczego taka duża dysproporcja w liczebności? Otóż moje modele, z racji bycia „elitarnymi” i pochodzenia z frakcji Space Marines (w OPR ta frakcja nazywa się Battle Brothers), są bardzo drogie w punktach. Mój najbardziej podstawowy model jest droższy niż elitarny model Tyranidów.

 

Każda gra w OPR trwa cztery tury, podczas których trzeba przejąć jak najwięcej celów rozsianych po mapie. U nas były to cztery cele. Każdy jest podliczany na koniec gry. Wynik wynosił 2 do 2. Nie powiem, że wiedziałem, co robię, gdyż nie wiedziałem, po prostu starałem się przeżyć. Przed porażką uratowało mnie to, że przyjaciel chciał swoim liktorem zaszarżować na mój model, ale jego figurka musiała przejść przez pole minowe. Liktor ma trzy punkty życia. Przechodząc przez pole minowe, trzeba rzucić taką liczbą kostek, która jest równa liczbie punktów życia modelu. Przyjaciel musiał rzucić trzema kostkami. Kostki, na których wypadła jedynka (jedno oczko), oznaczały utracony punkt życia bez możliwości obrony. No i stał się dla mnie cud, szansa 1 na 216. Mianowicie przyjaciel wyrzucił trzy jedynki!!! Oznaczało to, że jego liktor zabił się na polu minowym. To osłabiło flankę jego Tyranidów na tyle, iż mogłem się skupić na drugiej stronie mapy, walczyć o objective’y i ostatecznie zremisować!!!

Drugą grę grałem przeciwko przyjacielowi „od Chaosu” i tej gry za dobrze nie pamiętam. Była na pewno szybka. Wystawił on mieszaną armię Chaosu – Chaos Space Marines i Lost And Damned (czyli zwykłych ludzi służących Chaosowi). Przyjaciel od Chaosu jest mega wprawiony w tę grę i bardzo ją lubi, więc umie w nią grać, śledzi metę (najsilniejsze układy modeli) i zaczytuje się w zasadach, by jak najlepiej wszystko zoptymalizować na swoją korzyść. Dlatego też ograł mnie szybko.

 

Sylwester

Potem siedziałem z boku i, odpisując na liczne życzenia noworoczne, zerkałem, jak grają przeciwko sobie Chaos i Tyranidzi. Będę szczery: nie wiem, kto wygrał, heh. Przegapiłem większość tego starcia, ale chyba wygrali Tyranidzi, patrząc na to, jaką listę zmontowali, heh. Armia gauntów.

Swoją trzecią i ostatnią grę grałem znów przeciwko Chaosowi w kombinacji Chaos Space Marines i Lost and Damned. Tutaj również miałem mega farta. Mój marine przeżył szarszę Chaos Spawna i nie został ogłuszony, a potem mocno go kaleczył, plus udało mi się przeżyć szarżę czarownika chaos space marines i wielokrotnie go ogłuszyć. Straciłem marina przy szarszy championa lost and dammed, ale potem, ostrzeliwując go, udało mi się go ogłuszyć i wyłączyć z akcji. Wygrałem, przejmując wystarczającą liczbę celów i utrzymując je, kiedy to moim wojownikiem z jump-packiem i lighting claws zabiłem cały oddział kultystów, a drugim modelem wbiegłem do celu. Potem dówch moich ostałych się przy życiu marines (gdyż jednego straciłem, a miałem ich łącznie pięciu) zostawiła ogłuszonego do końca gry czarownika i walczyła o objective z Space Marinem Chaosu, którego udało im się ogłuszyć i wyłączyć z gry. Dzięki temu wygrałem 3 do 1.

Reasumując, zaliczyłem w końcu w One Page Rules Firefight moje pierwsze zwycięstwo i remis. Oczywiście też nagadaliśmy się o różnych apokalipsach i proroctwach, a także najedliśmy się chipsów. Ja jadłem solone głównie, gdyż są najsłabiej przyprawione itp.

 

Wieczór i noc uważam za całkowicie udane! Załączam też zdjęcie kill-teamu, jakim wygrałem w końcu w tę grę, heh.

A u Was jak było? Mam nadzieję, że dobrze.

 

Pozdrawiam

Autor Strzaskanego Wieloświatu

W końcu się udało!!!
Wstecz