Krótkie Przemyślenia - Perfekcjonizm
Czy warto być perfekcyjnym? Wielu powie, że tak, a nawet że trzeba! Trzeba być perfekcyjnym w pracy, w nauce, w sztuce, w seksie, w wyzwiskach, w kuchni, wszędzie. Chirurg, w końcu, powinien być perfekcyjny, byśmy przeżyli operację, prawda? Nauczyciel powinien być perfekcyjny, by zaciekawił i nauczył ucznia, prawda? Kochanek powinien być perfekcyjny, by nie znudził się i by nie trzeba było szukać nowego, prawda? Aktor powinien być perfekcyjny, by film nie był dupny, prawda? Otóż prawda, tylko czy tak się w ogóle da? I co ważniejsze: czy tak to powinno wyglądać?
Otóż życie nie jest perfekcyjne. Chirurdzy, nawet jeśli nie zabiją pacjenta, to często gęsto po ich zabiegach pojawiają się powikłania i blizny – szpetne zamiast małych i jasnych. Nauczyciele w dupie mają swoją robotę, a jedynie wyładowują swoje frustracje i niespełnione marzenia na uczniach. Kochankowi czasem fujara nie stanie, gdy musi i jest przypał, a i aktorzy czasem są drętwi i wyglądają jak skończone sieroty. Każdy chciałby być perfekcyjny. Każdy. Nawet jeśli ktoś taki zaprzecza, to w głębi duszy wie, że gówna nie będzie chciał jeść czy oglądać. Jednakże życie to nie jest koncert życzeń. Niestety. Życie to okrutna kurwa, która spuszcza z ludzi krew swoimi zimnymi i skrzywionymi pazurami. Nie o życiu jednak, a o perfekcji. Czym ona jest, w zasadzie?
Otóż perfekcja to koniec drogi. Gdy ktoś osiąga perfekcję (o ile w ogóle to możliwe), to już niczego innego osiągnąć nie może, bo i jak? Zdobył wszystko, posiadł każdą jedną umiejętność w stopniu absolutnym i to, co robi, potrafi wykonać zawsze idealnie. Nie ma tutaj już miejsca na rozwój, na eksperymenty, na błędy, na niepewność czy nieznane. Jest tylko perfekcja. Wiecie, czym dla mnie jest taka sytuacja?
Nudą.
Skoro nie możemy się rozwijać i już zawsze będziemy wszystko robić w doskonały sposób, to w końcu staje się to nudne. Dla nas i dla odbiorcy. Perfekcja cieszyć może z początku, lecz z czasem przytłacza i nuży z powodu braku nowych bodźców. Już nawet sam fakt, że człowiek nie będzie miał się do czego przypierdolić, będzie go męczył i przymuszał do zmiany kierunku, w którym patrzy. Ludzie uwielbiają narzekać, a Polacy zwłaszcza. W życiu miałem do czynienia z kilkunastoma nacjami z tak naprawdę wszystkich zamieszkałych kontynentów. Nikt tak nie narzekał jak Polacy. Polak będzie narzekał nawet na sam fakt, że nie ma na co narzekać. Ale ze mnie ojkofob, prawda? Już czuję w kościach hejt za te słowa prawdy, które napisałem. Muszę Wam zdradzić przy tym pewną tajemnicę. Wiecie, kto mnie takim uczynił? Spójrzcie w dowód.
Ja jako pisarz nigdy nie będę chciał osiągnąć perfekcji. Nie oznacza to jednak, iż nie będę chciał pisać dobrze bądź bardzo dobrze, gdyż staram się cały czas – mniej bądź bardziej i z sukcesami mniejszymi bądź większymi – poprawiać swój warsztat. Mój były redaktor mówił mi, iż w II tomie Inkwizycji widzi znaczącą poprawę pióra. Zobaczymy, co powie publika. Niemniej, mnie zależy przede wszystkim na opowiedzeniu historii i stworzeniu uniwersum w pełnym tego słowa znaczeniu. Mnie zależy na tworzeniu nowych opowieści, nowelek i książek, a także – w przyszłości – innych dzieł kultury, by dodawać kolejne dzieje, szczegóły, wydarzenia, postacie, przedmioty i lokacje do już istniejących. Wolę napisać dziesięć tekstów 6-7/10 niż jeden 10/10. Wolę stworzyć porządny świat i jego wnętrze niż jedną, zamkniętą krótką linię fabuły.
Przykładam się do tego, co piszę i jak piszę, to oczywiste, lecz nie zamierzam spuszczać się nad każdym jednym zdaniem. Pisanie traktuję jak codzienną interakcję z drugim człowiekiem czy światem. Nie każde zdanie jest doskonałe, potrzebne i dobre. Życie jednak idzie dalej. Tak samo jest z moim pisaniem. Czy dialog X jest potrzebny dla późniejszego wątku Y? Pewnie nie i można by go było wykreślić, lecz czy w życiu też każdy dialog jest potrzebny? A gdzie tam! Ile razy (zastanówcie się) po prostu posiedzieliście ze znajomymi i przysłowiowo popierdoliliście głupoty? Tak bez ładu, składu i sensu? Zapewne nie raz. I stało się coś złego? Nie. I tak też chcę pisać. Chcę pisać o życiu moich postaci w sposób życiowy i realistyczny. Czy to każdemu się będzie podobać? A gdzie tam! Już mam pierwszego hejtera, który mówi mi, bym się zabił, a wielu ludzi się ze mnie śmieje. I wiecie co? Mam to w dupie. Mojej chorej i obsranej krwią dupie. Gdzie indziej miałbym mieć? Ano właśnie.
Nigdy bym nie chciał być więźniem własnych demonów psychicznych jak G.R.R Martin (ten od „Gry o tron” – i = wiem, wiem: mówi się „Pieśń lodu i ognia”). Dla niego każde zdanie musi być perfekcyjne. Kilkaset (sam mówił: kilkaset w wywiadzie) razy jest w stanie jedno zdanie poprawiać, póki mu nie wybrzmi. Jest w stanie pozbywać się całych stron tekstu, gdy po przeczytaniu coś mu nie zagra. Rekordowo, jak sam przyznał, usunął bezpowrotnie 300 stron napisanego tekstu. 300 stron. TRZYSTA STRON. O kurwa… Jest on w stanie – gdy jego redaktorzy każą mu już oddać rozdział i przestać w chuja lecieć – uciec z krzykiem i zamknąć się u siebie i nie wychodzić, dopóki wszyscy sobie nie pójdą. Ma on też blokady twórcze, kiedy w obawie przed napisaniem czegoś kiepskiego nie pisze nawet i pół roku. W wywiadzie ze Stephenem Kingiem przyznał się, że od pół roku nawet jednej strony nie napisał. Martin niestety, jest zamknięty w swoim koszmarze, a jego natręctwa oraz lęki nie pozwalają mu iść do przodu. Ja tak skończyć nie chcę. Dlatego też działam inaczej. Jak?
Po prostu piszę. Piszę prawie codziennie, przez 5-6 dni w tygodniu albo i we wszystkie. Czasem stron kilka, przeważnie półtorej, a czasem tylko jedną – i idę do przodu. Systematycznie, powoli, stabilnie do przodu. Etapami i metodą małych kroków. Wiele to pracy jest i ogrom treści mam do pisania, sprawdzania oraz oceniania redakcji, kiedy moim redaktorom i korektorom trudno jest pojąć, co chcę przekazać, stąd częste poprawki, lecz temat idzie do przodu. Musi iść.
Pisanie to moje życie. Ono nie jest perfekcyjne, więc dlaczego moje pisanie miałoby być?
Prawda?
Pozdrawiam
Autor Strzaskanego Wieloświatu

