Witeldon Walszarti Nieśmiertelny Męczennik
Do pobrania
Pierwszy raz zabieram się do dyktowania tutaj czegokolwiek od wielu miesięcy… Miesięcy, które poświęciłam na rekonwalescencję swoją oraz ostałych się przy mnie przybocznych, jak i pozyskiwanie nowych zasobów, tyleż ludzkich, co materiałowych…
Starcie z Faryzejskimi Kondotierami exercitusu Heraldów Nowiny było zasadzką, w jaką wpadłam, nie przewidując poczynań tych arcygrzeszników. Ich demoniczne rytuały uszkodziły mój okręt i pozwoliły Nienarodzonym brać go szturmem. Gdy jednak odparłam ten atak, nie bez trudów i ofiar wśród załogi oraz mojej świty, ich sekta postanowiła mnie dobić. Udało nam się kilkunastu ich zgładzić, lecz ja, wraz z ostatkami moich sił, raptem kilkoma rannymi, szykowałam się już na śmierć w mękach, prawdopodobnie nieskończonych… Tak się jednak nie stało.
On ich zabił.
Wszystkich.
Sam.
Na mostku, gdzie ostatni bój toczyłam, zarżnął ich jedenastu, lecz trzydziestu siedmiu zabił po drodze, by dotrzeć tam. Tych śmierci nie widziałam, nie mam też żadnych ich nagrań. Jedynie po tym wszystkim przejść się zdołałam, po tej krwawej ścieżce, wsparta przez moje ostatnie sługi i doglądać mogłam porozrzynanych ciał z wyszarpanymi organami, często doszczętnie spalonych i złamanych na proch. Wykastrowanych z życia i dumy ciał diabelskich półbogów wojny. Widziałam jednakże to, co działo się przede mną, w centrum dowodzenia moim okrętem. A widziałam rzeź straszliwą jaką on im zgotował. Pierwszych czterech rozciął po całości swoim mieczem, jaki cudów dokonywał dla mnie, a klątw dla nich. Zamordował ich, nim ci w ogóle zorientowali się, że coś się dzieje, że umierają. Nie wyczuły go ich nadludzkie zmysły, nie zarejestrowały naznaczone piętnem spaczni systemy w pancerzach, nie wywęszyły ani nie usłyszały ogary piekielne, jakie krążyły u ich stóp. Nic. Objawił się im jak bóstwo cieni, które wyszło z mroku przedwiecznego, by zabrać ich tam, gdzie nie uzyskają nigdy rozgrzeszenia. Czterech kolosów Wiecznego Konfliktu, wielkich jak dwóch mężów każdy, co dusze sprzedali Piekłu, umarło, jak zwykli, słabi śmiertelnicy. Dwóch kolejnych skonało ledwie rejestrując, iż nastała ich apokalipsa, ich głowy oddzielone od karków i zdezintegrowane złotą błyskawicą jeszcze w powietrzu na proch. Całe stado ogarów, jakie zagryzać mogło nieprzeliczonych ludzi, przestało istnieć, gdy ich czaszki eksplodowały od zaawansowanych i błogosławionych pocisków. Liczyłam wszystkie huki. Tyle razy strzelił, ile było ogarów. Każdego zabił. Nigdy nie chybił. Wolny od rozproszeń mordował dalej, podczas gdy arcygrzesznicy ledwie podnosić zaczęli oręże. Dwójka natarła na niego natychmiast w unii gotowa, by go przeważyć. Strzaskał jednemu buzdygan, większy od mężczyzny dorosłego, ciosem pięści i przeszył rozdarte w szale usta mieczem, którego ostrze przekręcił i rozdarł czerep na dwoje. To wszystko uczynił ledwie skoczywszy w szarży, cały czas w powietrzu. Drugi nie próżnował i korzystał szczodrze ze śmierci brata, dzięki której mógł ciąć nieznajomego w naramiennik, gdyż zabrakło mu prędkości, by trafić w kark, a święty miecz już spychał jego ostrze. Pancerz Mojego Wybawiciela pruty był, lecz ledwie naramiennik spękał, a płyty ramienia ciągle trzymały. Czempion Stwórcy twardo wylądował na ziemi stalowej gniotąc ją i zaciekle wymieniał ciosy szybkością swoją przewyższając nawet tą światła anielskiego, jakie biło z jego oręża. Faryzejski Kondotier rękę odjętą miał i nogę miał ciężko ranioną, i bez wątpienia życie by już wtedy stracił, gdyby nie to, iż nacierająca trójka pozostałych plugawych otworzyła ogień ze swoich broni przybocznych, dwóch pistoletów nox i jednego plazmowego. Uderzenia litych pocisków nie mogły przebić się przez pancerz mężczyzny, lecz ich siła pozostawiała na nim bruzdy i wytrąciła go z transu oraz umniejszyła równowagi. Plazmowe kule dwakroć raniły jego plecy nadal nie mogąc pokonać zbroi, raz trafiony został w naramiennik, który stopiony częściowo został. Jego bok twarzy oparzony dotkliwie zaraz stał się na powrót normalny. Wtedy też zrozumiałam, iż w nim jest iskra życia, której nie można zgasić bronią śmiertelną. On uleczał swoje rany. Żadna skaza nie mogła go szpecić czy rana wigoru odbierać. Przeciąwszy pobieżnie swojego przeciwnika po napierśniku i licu, jednocześnie oślepił go i odepchnął podmuchem telekinetycznym, lecz nie magii, a Bożej Mocy. Użył Słowa, tak jak wtedy, gdy pojawiła się błyskawica, lecz nie starzał się, nie chorował, nie słabł. Mój Heros. Mój Wspaniały Wyzwoliciel. On był wieczny. Jego dłoń ogień strumieniem miotała, a on otoczył się nim i cisnął sobą w nacierającą trójcę, młócąc mocno i pewnie, ostrzem. Faryzejscy Kondotierzy walczyli jak z równym sobą. Nie było tutaj mowy o żadnym wyśmianiu, okazaniu żałości, zabawie. Oni chcieli go zabić całością swoich czarnych serc. Spadły na niego wykute z esencji diablich miecze, których była para,
a które on wyminął. Uderzony miał być kosturem postczłowieka, który zanim miał mnie zabić, przedstawił mi się jako dowodzący ugrupowaniem kilkudziesięciu wojowników. Chrzcił się on imieniem Nihāyat Al-Amal, a był on Maleficusem, czyli oficjalnym, plugawym czarownikiem, władcą czarnej magii exercitusu, którego był częścią. Spaczona relikwia rycząca skowytem hufców diabłów runęła na niego, a sylabą szatańską władający mocą tajemną profanator złamał podłogę pod Moim Wybawicielem, by ten nie mógł uniknąć trafienia i tak też się stało. Cios przyjął na napierśnik, który skruszał, lecz nie eksplodował jak witraż przetykany krwią jego organów. Uderzenie jednak odrzuciło go od przywódcy tej bandy, a dwójka jego przybocznych już nacierała w zimnym szale, by korzystać garściami z przewagi. Zbyt szybko jednak ona dla nich zgasła. Boży Czempion znał też arkana piekieł, co szok u mnie wywołało, gdyż przyzwał krwawe włócznie, jakie los cisnął w stronę jego wrogów, dźgając ich i flaki im prując, lecz postludzka ich konstytucja utrzymała ich przy życiu. Wrzeszczące ostrze acus, którego wirujące piły zabójcze się zdawały, zepchnięte było mieczem nieznajomego mi Wybawiciela, lecz wtedy bok jego darty był ostrzem zaklętym w horror drugiego. Po kilku parowaniach, których nawet moje technologiczne oczy i ulepszony mózg nie mogły w pełni zarejestrować, ani nadążyć, nastał impas. Plugawy syn z acusem okrążał go. W końcu, śpiesząc się, Mój Wojownik pochwycił, co wydawało mi się niemożliwe, ostrze tamtego i złamał je jednorącz w swoim uścisku, a metal swojej klingi zatopił w piersiach tamtego, czym wywołał u niego zwierzęcy skowyt katuszy i konwulsje, tak wielka musiała być świętość jego relikwii, iż antytezą była dla ich szataństwa. Płynnym ruchem wyrżnął on swoją broń przez bok piersi postczłowieka, a ten padł martwy. Jego pierś kopciła ciężkim dymem jak kadzielnica i buchała czarną krwią. Dopiero wtedy zrozumiałam, że on tym czynem zniszczył wszystkie trzy serca tego kondotiera i dwa z jego płuc. Katastrofalne rany mu zadał. Wiedział, co kryje się w ich wnętrzach, wiedział, jak z nimi walczyć. Wiedział, jak ich zabijać…
CZYTAJ DALEJ
POBIERZ CAŁE OPOWIADANIE NA GÓRZE STRONY

